Nostalgia z Lat 90: Kultowe Wyliczanki, Które Wszyscy Pamiętamy
Guma Turbo, Tamagotchi i… wyliczanki
Dzieciństwo w latach 90. to nie tylko pierwsze Game Boye, kasety z Król Lwem odtwarzane do zdarcia i szkolne walki o naklejki z Panini. To cała epoka kultury, której dziś z lubością przyglądamy się przez różowe okulary nostalgii. A w centrum tego mikroświata znajdowały się – tak, zgadliście – wyliczanki. Te magiczne formułki wypowiadane z przejęciem na podwórkach, lekcjach WF-u czy podczas przerwy w szkolnej świetlicy. Podejrzanie rytmiczne, zaskakująco bezsensowne i zarazem genialne – jak to możliwe, że przez proste rymowanki decydowały się losy całych pokoleń grających w chowanego czy klasy? Czas więc wyciągnąć Jojo z szuflady i zanurzyć się w świat zapomnianej poezji dziecięcego podwórka!
„Ene due rabe” i inne pradawne zaklęcia
Kiedyś nie było Facebooka do decydowania o tym, kto jest „tym” w zabawie – była za to sprawiedliwość spod znaku „Ene due rabe”. Gdy padały słowa czekolada albo śliwka, kto się ruszy, ten jest piłka!, wszyscy zamieniali się w posągi. Nikt nie kwestionował ich sensu – nie było potrzeby. Rym był prawem, rytm był sprawiedliwością, a dziecięca intuicja przewodnikiem przez świat bez dorosłych reguł.
„Entliczek pentliczek, czerwony stoliczek…” – no przecież wiadomo, że ten, na którego trafiło ostatnie słowo, odpadał, a niekiedy też właśnie on „szukał” lub był „berkiem”. W zależności od regionu, te same słowa potrafiły oznaczać coś zupełnie innego – cudowna anarchia logiczna, jakiej współczesne dzieci mogą pozazdrościć.
Demony podwórkowej sprawiedliwości
Wyliczanki z lat 90 to był niepisany kodeks podwórkowy. Zamiast rzucać monetą, używało się językowych czarów niewiadomego pochodzenia. „Raz, dwa, trzy – Baba Jaga patrzy!” – wystarczyło wypowiedzieć to zaklęcie, by cała grupa dzieci zamieniła się w zgraję komicznych posągów, które drżały z napięcia i starały się nie wybuchnąć śmiechem.
Ale wyliczanki miały też swoje mroczne strony – potrafiły obrócić najlepszych przyjaciół przeciw sobie, choćby tylko na chwilę. Bo przecież jeśli padło na Ciebie, to znaczy, że los tak chciał. I nie ważne, że dopiero co coś podpowiedziałeś – zasady były świętością. A czasem nawet specjalnie unikało się rymu, żeby przedłużyć moment losowania – strategia godna szachowych mistrzów.
Regionalne wersje i tajemnicze mutacje
Choć Internet dopiero raczkował, wyliczanki z lat 90 miały swoje własne kanały dystrybucji – szkoły, kolonie, trzepaki i babcie! Jedna wersja „Ene due” mogła wędrować po całej Polsce i zmieniać się z miasta na miasto. W Krakowie ktoś mówił „wpadła bomba do piwnicy, napisała na tablicy SOS”, a w Gdańsku ta sama bomba spadała na pszczółkę Maję i sypała prochem z samolotu. Skąd to wszystko się brało? To wielka zagadka, której nie powstydziłby się sam Indiana Jones.
Co ciekawe, niektóre wyliczanki były tak popularne, że trafiały nawet do popkultury – pojawiały się w książkach, serialach, a nawet kabaretach. Bo przecież nic tak nie wzrusza widowni jak wspomnienie dziecięcej magii podwórka i pierwszych prób demokratycznego decydowania o „tym co teraz gramy”.
Zabawy, które lepiły nas jak plastelinę
Nie można zapomnieć, że wyliczanki z lat 90 pełniły funkcję nie tylko losującą. Przemycały wartości, rytuały i nawet swego rodzaju strategię. Dzieci uczyły się modularności języka, poczucia rytmu i… niezdrowej miłości do rymów. I chociaż żadna z nich nie miała autora, trwale zapisały się w zbiorowej pamięci.
Jeśli chcesz przypomnieć sobie najciekawsze wyliczanki z lat 90, zajrzyj tutaj i przygotuj się na falę wzruszeń niczym z kasety VHS z nagraną „Smerfastyczną Kolędą”.
Wyliczanki, choć krótkie i pozornie banalne, były niczym klucze do dziecięcego świata – pełnego śmiechu, rywalizacji i tajemnej mądrości. Dziś, w epoce smartfonów i aplikacji do liczenia kroków, trudno o podobnie spontaniczne formy zabawy. Ale w głębi serca wielu z nas nadal drzemie dziecko, które zna na pamięć „Ene due rabe” i czeka tylko, aż ktoś zacznie rytmicznie powtarzać magiczne zaklęcie… żeby znów być tym, „który chowa się za drzewem”.